Na nieludzką ziemię

Sowieckie deportacje Polaków na Sybir


10 lutego 1940 roku rozpoczęła się pierwsza masowa deportacja Polaków na Sybir, przeprowadzona przez NKWD. W głąb Związku Sowieckiego wywieziono około 140 tys. obywateli polskich. Wielu umarło już w drodze, tysiące nie wróciły do kraju. Wśród deportowanych były głównie rodziny wojskowych, urzędników, pracowników służby leśnej i kolei ze wschodnich obszarów przedwojennej Polski.

„Oczyszczanie” Kresów

Władze ZSRS traktowały wywózki nie tylko jako formę walki z wrogami politycznymi, ale także element eksterminacji polskich elit, a przede wszystkim możliwość wykorzystania tysięcy osób jako bezpłatnej siły roboczej. Katorżnicza praca w syberyjskiej tajdze przy sięgającym kilkadziesiąt stopni mrozie, głodzie i chorobach zabijała wielu zesłańców. Była to przemyślana i planowo przeprowadzana zbrodnia na polskim narodzie.

Początek deportacji na masową skalę umożliwiło Sowietom zaanektowanie wschodnich województw Rzeczpospolitej, usankcjonowane tajnym protokołem dołączonym do Paktu Ribbentrop-Mołotow z 23 sierpnia 1939 roku. Po 17 września tego roku, kiedy Armia Czerwona przekroczyła granice Polski, na zagarniętych przez nią terenach rozpoczął się terror na niespotykaną dotychczas skalę.

O wywózkach setek tysięcy Polaków zdecydowali najwyżsi przedstawiciele sowieckiej władzy – z Józefem Stalinem, szefem NKWD Ławrentijem Berią oraz ludowym komisarzem spraw zagranicznych Wiaczesławem Mołotowem na czele. Zarządzenia dotyczące deportacji wydano w Moskwie już w grudniu 1939 roku; na ich podstawie sporządzono instrukcje dla terenowych komórek NKWD, odpowiadających za „oczyszczanie” zachodnich części sowieckich republik Ukrainy i Białorusi. Deportacje były realizowane według imiennych spisów, opracowanych przez funkcjonariuszy NKWD przy współpracy miejscowych komunistów.

W bydlęcych wagonach

Wysiedlani mieszkańcy Kresów Wschodnich byli często zaskakiwani przez Sowietów w nocy lub o świcie, a następnie zmuszani do jak najszybszego spakowania najpotrzebniejszych rzeczy i prowiantu. Deportowanych, często całe rodziny, kierowano na dworzec kolejowy, na którym oczekiwały już nieocieplane wagony. Panujące w nich przepełnienie, chłód, fatalne warunki sanitarne oraz niedostatek wody pitnej, wpływały na znaczny odsetek śmiertelności już w czasie trwającego wiele tygodni transportu.

W lutym 1940 roku deportowano łącznie ok. 140 tys. polskich obywateli – wywieziono ich do Kraju Krasnojarskiego, Komi, a także obwodów: archangielskiego, swierdłowskiego oraz irkuckiego. Ci, którzy przeżyli transport, byli skazani na niewolniczą pracę, m.in. przy wyrębie lasów i budowie linii kolejowych. Codziennie toczyli walkę o przetrwanie w sowieckich obozach, w których - poza mrozem - więźniom dawały się we znaki głód, powodowane przez robactwo choroby, a także stosujący represje sowieccy strażnicy.

Masowe zsyłki rozpoczęte 10 lutego władze ZSRS kontynuowały w następnych miesiącach – kolejne wielkie akcje deportacyjne przeprowadzono 13 kwietnia, na przełomie czerwca i lipca oraz w maju i czerwcu 1941 roku. Ponadto Sowieci wywozili z terenów przedwojennej Polski mniejsze, kilkusetosobowe grupy mieszkańców.

Milion wysiedlonych

Według szacunków władz RP na emigracji, w wyniku wywózek zorganizowanych w latach 1940–1941 do syberyjskich łagrów trafiło około milion osób cywilnych, choć w dokumentach sowieckich mówi się o 320 tys. wywiezionych. Część z nich z łagrów wydostała się dzięki formowanej na terenie ZSRS (po zawarciu układu Sikorski-Majski) armii gen. Władysława Andersa.

Nie wszyscy ochotnicy dotarli jednak na miejsce tworzonych jednostek, gdyż podejmowane przez nich próby były blokowane przez Sowietów. Dokumenty potwierdzające obywatelstwo polskie były odbierane przez NKWD – zmuszano Polaków do przyjęcia dokumentów sowieckich.

Kolejną szansą na opuszczenie Syberii stało się wstąpienie do tworzonej pod auspicjami Moskwy i z inspiracji komunistów polskich, a za zgodą Stalina Dywizji im. Tadeusza Kościuszki, będącej zalążkiem późniejszego „ludowego” Wojska Polskiego.

Deportacje ludności polskiej w głąb ZSRS z lat 1940–1941 nie były ostatnimi. Po wkroczeniu Armii Czerwonej w 1944 roku na teren okupowanej przez Niemców Polski warunków życia w surowym klimacie syberyjskich stepów doświadczyli m.in. wywiezieni do łagrów żołnierze AK oraz ludność cywilna z zajętego przez Sowietów terytorium. Gros deportowanych wróciło do kraju w ramach przeprowadzanych do końca lat 50. akcji repatriacyjnych.



LUTY 1940 - DEPORTACJE POLAKÓW NA SYBIR
WE WSPOMNIENIACH ZESŁAŃCÓW


Weronika Koralewicz

Nasz exodus rozpoczął się 10 lutego 1940 roku. Mieszkaliśmy wtedy w miejscowości Gdeszyce, pow. Przemyśl, woj. Lwów. Byłam wówczas malutka, miałam niespełna 3 latka, a braciszek - zaledwie 6 miesięcy.

Zawieziono nas saniami do stacji węzłowej w Drohobyczu. Tam zapakowano do bydlęcych wagonów, zaryglowano drzwi i - mimo trzaskającego mrozu - pozostawiono tak na kilka godzin. Okazało się, że podobne wagony stały też na innych torach. W jednym z nich – i to dokładnie naprzeciwko - zamknięto moją babcię z dziadkiem i całą rodziną. Mama usłyszała ich głosy, próbując otworzyć okno wagonu. Siostry i matka błagały ją, żeby nas – maluchów - podniosła do okienka. Chciały nas jeszcze zobaczyć.

Jechaliśmy bardzo długo – miesiąc, lub dłużej, jak opowiadała mama. Trafiliśmy na Ural. Zawieźli nas gdzieś w lasy do tzw. łagrów. Polacy musieli budować sobie ziemianki. Miały one jedno okienko. Spaliśmy na pryczach i słomie.

Rodzice cały dzień musieli ciężko pracować w lesie – mężczyźni przy wyrębie, kobiety znosiły gałęzie i korę. Wiem, że głodni i przemarznięci, siedzieliśmy z bratem sami, na stole zrobionym z nieoheblowanych desek i tak wypatrywaliśmy rodziców przez okienko, aż nam nosy do szybki przymarzały. Któregoś dnia mój dwuletni braciszek zauważył w naszej ziemiance jakiś ruch: „Patrz Niunia, szczury”, a ja mu na to: „Siedź cicho, bo nas zjedzą”.

Mrozy były tam straszne – 40, 50 stopni. Mimo kufajek i walonek z onucami, było zimno. Polacy byli głodni i zmarznięci. Wielu umierało w lesie, więc chowano ich pod śniegiem. Rodzice dostawali głodowe porcje chleba, ale i tak dzielili się z dziećmi, inaczej by nie przeżyły. Ojciec dostał szkorbutu i wypadły mu wszystkie zęby. Podczas ciężkiej pracy w lesie, odmroził sobie nos i uszy.

Niektórzy załamywali się psychicznie. Myśląc, że nigdy nie uda im się wrócić do Polski, że zawsze już będą głodować i marznąć - odbierali życie sobie i swoim bliskim. Nie chcieli się dłużej męczyć.

Maria Janusz

Nadszedł 10.02.1940 rok mama piekła chleb, a tu o świcie podjeżdża dwoje sani z woźnicami: dwóch Ukraińców i dwóch enkawudzistów. Najpierw przeczytano nam jakiś wyrok (Ukrainiec przetłumaczył nam), że byliśmy jakimiś wrogami i dano nam dwie godziny na zebranie się.

Zawieziono nas do Trembowli, załadowano do wagonów towarowych, w których były prycze a na każdej pryczy jedna rodzina. Była także dziura w podłodze i służyła jako ustęp. Były też dwa piece żelazne, na stacjach podawano nam węgiel i drzewo, dawano nam też wodę i jedzenie w tym chleb.

Zawieziono nas do Kotłasu. Przesadzono nas na ciężarowe samochody i więziono nas cały dzień. Przenocowaliśmy w jakieś bardzo dużej hali i rano ruszyliśmy dalej na saniach i jechaliśmy znów cały dzień. Wreszcie dowieziono nas do celu, rozprowadzili nas do baraków solidnie zbudowanych z drewna też z pryczami, dano nas tam do jednej komnaty pięć rodzin, około 22 osoby. W baraku był też piec duży, dookoła były lasy, więc było czym palić. Byliśmy też odczytywani, co wieczór. Moją mamę i mnie przydzielili do obsługi łaźni, a innych przydzielili do pracy w lesie przy ścince drzew. Żyliśmy z tego, co zarobiliśmy, ale ile tego zarobku było to nie pamiętam, ale bardzo mało. Gdy przyszła wiosna a z nią chmary komarów, nie było nigdzie miejsca żeby się przed nimi schronić. Ludzie zaczęli masowo wymierać z niedożywienia i nadmiaru pracy. Nam też zaczął głód doskwierać.

Później nas przewieziono do Siktiwkaru. Tam mama pracowała w tartaku i inni też . Tam też byliśmy pod kontrolą, ludzie wciąż bardzo umierali, głodni byliśmy wciąż, bo to co mama zarobiła to nawet na chleb nie starczyło, ale mama też coraz bardziej podupadała na zdrowiu wreszcie piąty raz trafiła do szpitala i tam po kilku dniach zmarła na tyfus brzuszny mając 35 lat. Ja 15-letnia dziewczyna zostałam sama bo rodzeństwo było w domach dziecka.

Genowefa Klauzer

Do czasu zesłania nas na Sybir mieszkałam wraz z rodziną na Kresach w osadzie Planta, pow. baranowicki, woj. nowogródzkie. W dniu 10 lutego 1940 r. w nocy przyjechali saniami politruki do naszego domu, kazali podnieść ręce do góry, dwóch stało z bronią w ręku obok niego. Wszystkich pobudzili i kazali ubierać się. Ojcu i matce odczytali „rozkaz”, że za to, że ojciec jest piłsudczykiem i ma nadaną ziemię za zasługi wojenne w 1921 r. zostaje zesłany wraz z rodziną w głąb Rosji. Wszyscy się trzęśli z zimna i przestrachu, bo mróz był tej nocy minus 40 stopni C, a oni pootwierali drzwi i okna.

Rodzina moja składała się z ojca, matki i ośmiorga dzieci. Ja byłam najstarsza i miałam 16 lat, najmłodszy brat miał półtora roku. Na taką drogę trzeba było ciepło się ubrać. Dzieci były poowijane w koce, układane na saniach jak śledzie i przykryte pierzynami. I tak wieźli nas na stację Leśna w odległości 20 km. Po wyjechaniu na drogę zrobiło się widno i zobaczyliśmy wówczas, że to nie tylko my, ale wszystkich osadników z osady wywożą. Cały sznur furmanek już jedzie w kierunku stacji, a było 29 rodzin osadników i były one bardzo liczne. W Leśnej już były podstawione wagony towarowe. Były wagony większe – na siedem rodzin i mniejsze na cztery.

W wagonach były prycze, ściany wagonu obstawiliśmy workami, poduszkami, czym kto mógł, wszystko przymarzało do ścian. W Leśnej staliśmy chyba z tydzień, gdzie zwozili ludzi do transportu. Wagony były zaopatrzone w żelazny piecyk, gdzie często brakowało drzewa do opalania, trzeba było bardzo oszczędnie korzystać. W podłodze był wycięty otwór jako ustęp, który zawsze zamarzał. Rura od pieca odpadała, źle była przymocowana, nie było czym mocowanie poprawić, bo nie było nawet kawałka drutu. Gdy transport jechał, to niemożliwe było palenie, bo było pełno czadu. W czasie jazdy brakowało chleba i wody.

Jechaliśmy tak chyba z miesiąc w okropnych warunkach. Przywieźli nas do stacji Chołmogory, odległej od Archangielska o 150 km. Tam rozładowano nas z wagonów na furmanki. Potem dali nas na samochody ciężarowe odkryte, byliśmy tylko nakryci na głowy plandeką. Drogi były pozawiewane śniegiem, samochody utykały w zaspach, spaliny z tych samochodów były tak okrutne, że prawie każdy potwornie zwracał. Dowieźli nas do Jemiecka nad Dźwiną. Stamtąd znów saniami w głąb tajgi 60 km do posiołka Kiarnysz-Ocieziero. Tam już był ojciec z braćmi, którzy byli z odmrożonymi nosami i nogami. Czekali i nie byli pewni czy nas dołączą do nich, bo po drodze ciągle ubywało znajomych i bliskich, byli zostawiani na różnych posiołkach, a odległości były bardzo dalekie i nikt jeszcze nie wiedział gdzie są te posiołki i nie wolno było poruszać się bez przepustki z posiołka na posiołek.

Maria Szagdaj

Urodziłam się 24 stycznia 1931 roku w miejscowości Hrajno koło Grodna jako trzecie dziecko Kazimiery i Aleksandra. Pamiętam nasze – do 1939 roku pełne sielanki – dzieciństwo w Hrajnie. Pamiętam jak dwa wydarzenia gwałtownie przerwały tę rodzinną idyllę. Najpierw zabrano Tatusia na wojnę i wszyscy – pięcioro dzieci z Mamusią – żegnaliśmy go z płaczem. Wkrótce, we wrześniu, powrócił z frontu, by chyłkiem uciekać w nieznane, bo Białorusini ścigali go za przynależność do Legionów Piłsudskiego. Wówczas nie miałam pojęcia, że to drugie pożegnanie było też pożegnaniem z beztroskim dzieciństwem...

Byliśmy nieustannie zastraszani przez uzbrojonych żandarmów, którzy znienacka wpadali do domu i wymierzali w nas lufy karabinów. Za każdym razem grozili, że nas zastrzelą, jeżeli Mamusia nie poda im miejsca kryjówki Taty. Naturalnie musieliśmy zostać ukarani. W lutym 1940 roku wrzucono nas wszystkich bladym świtem na sanie, dowieziono do kolei, załadowano do bydlęcych wagonów, poukładano pokotem obok siebie na dwupoziomowych pryczach. Gdy usłyszeliśmy przeraźliwy świst ruszającego pociągu, wszyscy zaczęli płakać, modlić się i śpiewać pieśń „Serdeczna Matko, opiekunko ludzi, niech Cię płacz sierot do litości wzbudzi…” Wieziono nas pod nadzorem uzbrojonych żandarmów przy zaplombowanych drzwiach, które były raz dziennie otwierane, by odebrać wiadro zupy dla wszystkich. Do dziś mam w pamięci okropieństwa zsyłki: pozbawianie nas godności osobistej, brak jakiegokolwiek szacunku dla człowieka, jego wrażliwości, uczuć i potrzeb osobistych. Do dziś miewam koszmarne sny, w których czuję lęk i ten przeraźliwy smród brudu i dezynfekowanych ubrań…

Po pięciu tygodniach wysadzono nas w „posiołku” Kwitok w powiecie Tajszet w „obłasti” Irkuck. Był to strzeżony przez żandarmów, otoczony wysokim kolczastym drutem obóz przymusowej pracy. Wokół tajga. Mieszkaliśmy w kajutach – zawszonych i zapluskwionych, bardzo niskich barakach bez drzwi, w których były tylko zbite z desek dwupoziomowe prycze. Co pamiętam z tamtego okresu? Strach, brud, smród, głód, nędzę, ubóstwo i przerażające zimno. Jedynym szczęściem i odmianą naszego losu był przyjazd Tatusia. Znów byliśmy razem, ale na krótko. Niestety nasza najmłodsza siostrzyczka nie miała dość sił, żeby móc przetrwać w obozie na Syberii, gdzie lekarstwo było pojęciem abstrakcyjnym. Dwuipółletnia Stasia zmarła z wycieńczenia…

Józef Dzyra

Sobota 10 luty 1940 r. godz. 3 min. 15. Łomot do drzwi: Wstawaj polskij pane – odkrywaj! – w tym momencie większość do-mowników spała twardym snem, a przede wszystkim my dzieci. Babcia Wiktoria Witkowska z Jabłońskich, a matka mojej mamusi nie spała. Więc podeszła do drzwi zapytać się, Kto to się tak łomocze ? Chociaż rozumiała i bardzo dobrze znała rosyjski. Raz jeszcze zapytała po polsku: kto tak łomocze? Zaczęli się odgrażać, że jeżeli drzwi nie zostaną otwarte natychmiast, to wyważą je siłą. Babcia celowo przedłużała rozmowę przy zamkniętych drzwiach, by ten rwetes za drzwiami się przedłużył i domownicy się obudzili. A w między czasie mamusia pobudziła mężczyzn.

Tatuś podszedł do drzwi w bieliźnie, a gdy je otworzył wtargnęło kilku uzbrojonych Ukraińców, którzy pełnili funkcję milicjantów z karabinami nastawionymi bagnetami. Rozkazali by się odwrócił i podniósł ręce do góry. Ta zgraja Ukraińców wtargnęła do sypialni i zobaczyli następnych mężczyzn tutaj się znajdujących i starających się w pośpiechu ubierać. Jeden z tej watahy, a był to enkawudzista, jak się po chwili okazało, rozkazał: – Ruki w wierch i pod scienku wsie mużczyny. Gdy i tatę wyprowadzono i rozkazano by ustawił się obok, zrobiono rewizję nawet w łóżkach, następnie enkawudzista otworzył kopertę wyjął kartkę, na której miał wypisane osoby podlegające wywózce. Rozpoczął czytać: Z prikaza wierchownowo sowieta pałkownik Jan Stykowski, żena Ludwika, docz Józefa, Janina i syn Stanisław. Następnie rozkazał: pietnatcat minut wremieni sobrat sia. Każdyj możet zabrat tiopłuju adioż, obów i piszczu na darogu na czetyre czasa. Wyjeżdżajetie w drugoju obłast’.

Gdy nas w tę ciemną noc nad ranem wyprowadzono z domu, staliśmy na drodze jeszcze ze trzy lub cztery godziny. Gdy wyszliśmy z mieszkania, mróz był bardzo silny. Tej zimy śniegu było bardzo dużo i mrozy były tęgie. Do stacji Perespa (od nas z Ostrowia było 40 km) dotarliśmy dopiero wieczór, a że nas zabrano z domu bez jedzenia to byliśmy głodni. Pierwszy posiłek dostaliśmy po przybyciu do Szepietowki, gdzie przybyliśmy w nocy ze środy na czwartek, gdy przeładowano nas z polskich wagonów do ruskich o szerszym rozsta-wie kół. I dopiero we czwartek rano czyli 15 lutego dano chleb i zupę. Najpierw dowieźli nas do Swierdłowska, a po kilku godzinnym postoju wrócili i zawieźli do Kotłasu, a stamtąd sanną przez trzy doby jechaliśmy po zamarzniętej rzece. Do posiołka dotarliśmy 5 marca 1940 r. przed wieczorem.

Tuż po przybyciu na posiołek zakwaterowano nas w baraku, gdzie uprzednio Tatar trzymał kozy. Wtłoczono nas 12 osób w jedną izbę, gdzie spaliśmy na jednej pryczy. To trwa-ło rok. Nas dzieci posłano do szkoły, dorosłych do lasu. Po kilku dniach dano kartki na chleb – 1 kg dla pracujących, a 200 g dzieciom i chorym oraz starym. Mroźna zima trwała jeszcze przez kwiecień. W maju mrozy pofolgowały, ale nie topniały śniegi. Dopiero 30 maja przyszło nagłe ocieplenie.

Marcin Kłos

Dzień 10.02.1940 r. Zima, mróz, niewielka wieś Dobrzanica w powiecie przemyślańskim, w woj. tarnopolskim. Rodzina chłopska, nie bogata, jak wszyscy w tej miejscowości. Nieoczekiwanie w nocy przyjechali do nas czerwonoarmiści. Wydali rozkaz: – „Wstawać i zbie-rać się!” Nasi rodzice nie byli do tego przygotowani. W większości domów nie było żadnych zapasów żywności, aby można było wziąć ze sobą. W tym czasie chleb na wsiach pieczono w domu. Mieliśmy zamiar upiec chleb następnego dnia i nie zdążyliśmy.

Wzięliśmy z sobą to tylko, co było w spiżarni. Oprócz tego trochę mąki i kaszy. Mama przygotowała śniadanie, wszyscy się najedli i ubrali. Posadzono nas na przysłane sanie i zawieziono na stację Wołków. Na stacji znajdowały się przygotowane wagony towarowe, do których nas załadowano, średnio po cztery rodziny do wagonu, przeciętnie po osiem osób rodzina.

Wagon był wyposażony w podwójne nary z dwóch stron i mały metalowy piecyk, przymocowany do podłogi. Niewielki zapas opału – węgiel, drewno, wiadro z wodą. W podłodze wycięty mały otwór (sanitarny). Wagony zamknięto. Pociąg wyruszył na wschód. Warunki życia w czasie podróży były bardzo trudne. Zimno, niedostatek żywności, bardzo złe warunki sanitarne. W pociągu rodziły się dzieci i umierały. Potem podawano nam trochę chleba. Oprócz tego pozwalano na stacjach brać wodę i kipiatok (wrzątek). Jeden raz zorganizowano nam wspólną kąpiel. Nie wiem gdzie to było, w jakimś mieście, Omsk czy Nowosybirsk. Odzież nasza przeszła przez pralnię parową, w celu likwidacji insektów.

Podróż trwała. Przejechaliśmy góry Ural, miasta Omsk, Nowosybirsk, Krasnojarsk. Nasze wagony odczepiono na stacji Atzamaj w obwodzie irkuckim. Przeładowano nas z wagonów na wielkie platformy ustawione na płozach (rodzaj sani), a gąsienicowy traktor przewiózł nas na osiedle Gribanowo, niedaleko od Atzamaju. Około 15 marca rozkwaterowano nas w wielkich barakach. To znaczy, że podróż nasza ciągnęła się dłużej niż miesiąc. Przyszła wiosna z niedostatkiem wszystkiego, co niezbędne do życia. Wszyscy dorośli pracowali w lesie, na leśnych wyrębach (lestranchoz). Nasi ludzie nie byli przyzwyczajeni do takich warunków. Zaczęły się różne choroby, między innymi i zakaźne. Dużo ludzi umierało.

Dorota Ziomek

Urodziłam się w Krakowie. W 1934r. rodzice moi wyjechali stąd na Podole. Tam nabyli ziemię, pobudowali się i gospodarowali na 6-ciu morgach gruntu. Wybuchła wojna. W grudniu 1939r. moja mama otrzymała dokument wydany przez Tymczasowy Komitet Miejski w Monastyrzyskach o treści: „Odbieramy obywatelce grunta i przekazujemy je rolnikom nie posiadającym ziemi”.

10 lutego 1940r. o godzinie 4-tej rano, gwałtowne stukanie do drzwi. Przed domem sanie. Mama moja, siostra i ja bardzo płakałyśmy, ojciec trząsł się ze strachu. Nastrój tragedii potęgowało wycie psów, czarna rozpacz. Pytanie „gdzie nas zabieracie?” pozostawało bez odpowiedzi. Wolno nam było zabrać tylko niezbędne rzeczy. Gdy sanie były załadowane, wywieziono nas na dworzec w Monastyrzyskach. Nie byliśmy jedynymi pasażerami. Na peronie mnóstwo polskich rodzin. Podstawiono wagony bydlęce i rozpoczęto nas upychać. Do jednego takiego wagonu wchodziło 8 rodzin. Z trzaskiem zamknęły się drzwi i pociąg, cały czas konwojowany przez Sowietów, ruszył w nieznane. Konwój powiększał się, na terenach jeszcze polskich doczepiano wciąż bydlęce wagony, a w nich pełno polskich rodzin, takich samych jak my wygnańców.

Przez dwa dni nie dawano nam żadnego jedzenia, a ni picia, nie było gdzie załatwić fizjologicznej potrzeby. To doprowadziło do rozpaczy, kobiety i dzieci lamentowały, a mężczyźni ciężkimi przedmiotami walili w drzwi i ściany wagonu. To poskutkowało. Na pierwszym, najbliższym przystanku sowieccy konwojenci otwierali kolejno wagony i „łaskawie” zezwalali nabrać wodę z dworcowej pompy. Następne dni bliźniaczo podobne z tą różnicą, że raz na dzień każda z jadących rodzin otrzymywała 1 chleb, cukier w bryłkach i gorącą wodę. Niektórzy starali się policzyć wagony. Nie udało się, okienka małe a wagonów mnóstwo. Ta męcząca podróż trwała aż 3 tygodnie. Na nieokreślonej stacji przetransportowano nas na samochody ciężarowe i przez kilkanaście dni jechaliśmy przez zaśnieżone tereny. Na noclegi zatrzymywano nas, przydzielając kwatery. Tu strudzeni – otrzymywaliśmy coś do jedzenia. Spaliśmy na własnej pościeli, na podłodze – jeden obok drugiego.

Tak dotarliśmy do Archangielska. Tu pozostawiono nas przez kilka dni. O łatwej swobodzie poruszania się nie było mowy. Byliśmy bez przerwy strzeżeni. Potem podjechały podwody, załadowano nas i znowu w nieznane przez zaśnieżone, bezludne tereny. Za nami i na noclegach i podczas transportu na drogach zostawały trupy. Umierali mężczyźni, zastygały kobiety, zamarzały dzieci. O pochówku najbliższych nie było mowy, nawet w śniegu. Ogromnie długo konwój, złączony wspólnie (sanie za saniami) nie mógł się zatrzymać. Jazda trwała od rana do wieczora. Niektórzy, aby rozgrzać się nieco, zeskakiwali z sani (jeżeli droga była pod górę albo sanie wolniej jechały), natomiast jeśli pojazdy poruszały się szybciej trzeba było wskakiwać na nie, by nie zostać na zawsze na pustyni śnieżnej. Kto został w konwoju przy życiu dotarł do miejsca przeznaczenia, a było to tajga i miejscowość Kirowskie Pryski. Na miejscu ujrzeliśmy bezkresny las, a w nim 5 długich baraków przeznaczonych dla nas. Każdy barak był podzielony na części, a w każdej części 4 izby i jedna kuchnia z żelaznym piecem pośrodku. Baraki wyposażone były jedynie w prycze zbite z prostych, nieciosanych desek.

Opału nie brakowało, bo przecież tajga. Z powodu bardzo dużych mrozów trzeba było przez okrągłą dobę palić w piecu, bo groziła nam śmierć przez zamarznięcie. Zimą topiło się śnieg i służył nam do gotowania, mycia i prania. Jedzenie mieliśmy wyborne: ziemniaki suszone, cebula, marchew i inne warzywa suszone i sucharki. I tak do wiosny. Mężczyźni pracowali od rana do wieczora przy wyrębie drzew. Drzewa były składowane blisko rzeki. Kobiety oczyszczały drzewa z gałęzi. Gdy śnieg zasypywał drogę, kobiety ją odśnieżały. Dziećmi nie zajmował się nikt, ponieważ na taki luksus nie można sobie było pozwolić. Wychowywały się zatem same.

Jan Maślak

Nazywam się Jan Maślak, urodziłem się 20 września 1928 r. w osadzie Grzywa leżącej w powiecie Kamień Koszyrski na Polesiu Wołyńskim. Dziś teren ten należy do Ukrainy, zaś w czasach mojego dzieciństwa były to Kresy Drugiej Rzeczypospolitej. Pochodzę z rodziny na wskroś polskiej, moi przodkowie zarówno ze strony mamy, jak i taty, byli żarliwymi patriotami oddanymi Polsce, służyli jej rzetelną i uczciwą pracą w czasach pokoju oraz czynną walką w czasie wojny.

Moje szczęśliwe dzieciństwo skończyło się wraz z napaścią Niemiec na Polskę 1 września 1939 r. oraz atakiem Rosji na Polskę w dniu 17 września 1939 r., czyli tym, co my, Polacy, nazywamy „ciosem w plecy”. NKWD natychmiast zaaresztowała mojego tatę, jako byłego wojskowego, osadnika, działacza niepodległościowego, żołnierza Józefa Piłsudskiego. Nigdy więcej ojca nie zobaczyłem. Dopiero po upływie 50 lat otrzymałem oficjalne pismo informujące, że nazwisko mojego ojca Andrzeja Maślaka znajduje się wśród 3435 Polaków umieszczonych na tzw. Ukraińskiej Liście Katyńskiej. Zamordowano go w kwietniu 1940 r. strzałem w tył głowy, a jego symboliczny grób znajduje się na otwartym jesienią 2012 roku Polskim Cmentarzu Wojennym w Kijowie – Bykowni.

Gdy nastał mroźny ranek 10 lutego 1940 r. do drzwi naszego domu, jak i do domów tysięcy Polaków na Kresach, z głośnym okrzykiem: „Otkroj!” zastukali umundurowani ludzie, wśród których był jeden enkawudzista, jeden striełok – żołnierz z bagnetem na karabinie oraz dwóch Ukraińców. Przeprowadzili rewizję w mieszkaniu w poszukiwaniu broni, a następnie usłyszeliśmy straszne słowa: „Pieriesieljajem was w drugoje miejsce”. Dano nam pół godziny na spakowanie się. Pozwolono wziąć tylko podręczne rzeczy i odzież. Zrozpaczona mama płacząc pakowała w pośpiechu tobołki. My, wystraszone dzieci, rzuciliśmy się do pomocy, ale ile można było zabrać? Były to bardzo dramatyczne chwile. Nie pożegnawszy się z nikim wsiedliśmy do podstawionych sań, które natychmiast ruszyły na stację kolejową do odległego o 12 km miasteczka Pniewno. Opuściliśmy nasz dom na zawsze. Tego samego dnia z leśniczówki wysiedlono też moich dziadków oraz ich synów, a moich stryjków, Leona i Józefa.

Ze stacji w Pniewnie przewieziono nas na dworzec w Kowlu, naszym oczom ukazał się ogromny pociąg, wydawał mi się kolosem. Był straszny, czarny, zasmolony smarem, huczał i buchał kłębami pary. Małe dzieci bardzo się go bały. Na przedzie lokomotywy, która miała ciągnąć bardzo długi skład, przymocowana była wielka czerwona gwiazda. Załadowano nas do towarowego wagonu. Rozłożyliśmy się wśród około 50 nieszczęśników takich, jak my. Konwojujący nas żołnierze zaczęli z zewnątrz zamykać drzwi na klamry, a ja do dziś słyszę ten przerażający szczęk zatrzaskiwania żelaznych zasuw. Gdy pociąg ruszył, ludzi ogarnęła straszna rozpacz, wszyscy płakali, krzyczeli, głośno się modlili. Właściwie to zbiorowa modlitwa towarzyszyła zesłańcom przez cały czas.

Jechaliśmy w nieznane, jak się potem okazało, do dalekiego Archangielska, miasta portowego położonego nad Morzem Białym. Wieziono nas bardzo długo. Często pociąg miał postoje w szczerym polu lub na bardzo małych stacyjkach. W tym czasie transporty kolejowe często grzęzły w zaspach śnieżnych podczas silnych opadów śniegu i zadymek śnieżnych. W czasie transportu nie udzielano żadnej pomocy medycznej ludziom chorym, a z każdym dniem kondycja nasza była coraz gorsza. Jechaliśmy stłoczeni, głodni, spragnieni, nie myci i nie przebierani, bez dostępu do wody, a przecież w wagonie wśród byli ludzie starsi i maleńkie dzieci.

Pociąg zatrzymywał się co kilkaset kilometrów raz na kilka dni w rzeczywistości nie po to, by ulżyć zesłanym, ale z konieczności dla lokomotywy: trzeba było stawać na stacjach, by uzupełnić stan wody w parowozie i wlać wodę z pompy. Przy okazji pozwalano nędznie nakarmić i napoić konwojowanych ludzi, ale odbywało się to w ten sposób, że przeważnie tylko dwoje ludzi mogło wyjść z każdego wagonu, by do wiader lub większych garnków pobrać to, co przygotowane było na stacji: cienką zupę, kipiatok, czy kilka bochenków chleba. Wyjątkowo okrutnie potraktowano nas, gdy na postoju wydano nędzne solone ryby. Wygłodniali ludzie rzucili się do jedzenia, niestety nie pozwolono nabrać wody na drogę. Można tylko sobie wyobrazić, jakie męki przechodziliśmy.

Wagon o powierzchni około 20 m kwadratowych wyposażony był w prycze zbite z desek. Na środku stał mały piecyk, który nie był w stanie wszystkiego ogrzać. Potrzeby naturalne załatwialiśmy wprost do dziury wybitej w podłodze. W czasie transportu brakowało nam jedzenia, opału i wody. To, co dawali, było tylko kroplą w morzu potrzeb. Wodę zdobywano topiąc śnieg nawiewany do wagonu przez otwór ubikacyjny w podłodze wagonu lub czerpany był bezpośrednio z torowiska przez ten otwór. Łączność ze światem mieliśmy tylko przez małe okratowane okienko umieszczone pod dachem wagonu. Nazwa stacji, do której podążamy, aż do końca podróży była utrzymywana w ścisłej tajemnicy.

Teresa Pawłowska

Kiedy we wrześniu 1939 r. wybuchła wojna, miałam 13 lat. Miałam iść do szkoły do 7 klasy. Mój ojciec walczył w obronie Warszawy w kampanii wrześniowej . 10 lutego 1940 r. rozpoczęła się wywózka. Rosjanie zapukali do naszych drzwi rano o godz.7. Przeprowadzili rewizję osobistą, a w mojego tatę i brata wycelowali broń. Saniami przewieziono nad do składów kolejowych. Wraz z innymi mieszkańcami zostaliśmy załadowani do bydlęcych wagonów. Podróż na Syberię była szczególnie uciążliwa dla ludzi starszych. Potrzeby fizjologiczne można był załatwić tylko raz dziennie. Do stacji Archangielsk pociąg dotarł 28 lutego.

Rosjanie kazali nam jak najszybciej opuścić wagony, bo zaraz potem, jak nam powiedziano, miały one jechać na front. Rozwieziono nas po barakach. Na zewnątrz było bardzo zimno, mrozy sięgały 40 stopni i więcej. Na szczęście w pomieszczeniach można było palić drzewem. Większość czasu sybiracy spędzali na ciężkiej pracy przy wyrębie lasów. Do miejsca pracy trzeba było najpierw dotrzeć pieszo około 5 lub 6 km. Mnie, młodej dziewczynie dano do ręki siekierę. Praca była wyczerpująca, a posiłki bardzo marne. Dostawaliśmy dwie kromki chleba dziennie i talerz zupy owsianej. A w pracy, na dużym mrozie, trzeba było wyrabiać odpowiednią normę. Ten, kto nie wyrabiał normy, dostawał połowę porcji jedzenia. To zabiło mojego ojca. Zmarł z wycieńćzenia w wieku 40 kilku lat. Teren, na którym mieszkaliśmynie był wcale ogrodzony. Rosjanie nie obawiali się ucieczki Polaków, bo uciekać nie było dokąd. W promieniu setek kilometrów rozciągały się mrozy Syberii.

Anna Lipieńska

1 września byłam trzynastolatką przygotowującą się do nauki w kolejnym roku szkolnym. Nagle naszą uwagę przykuł głos dochodzący z ulicy przez otwarte okno": Ludzie Wojna!!! Niemieckie wojska przekroczyły granice Rzeczpospolitej... 17 września 1939 roku żołnierze Armii Czerwonej przekroczyli wschodnią granicę Polski. Dla żyjącej w strachu przed nieuchronnie zbliżającym się Wehrmachtem ludności, agresja ZSRR stanowiła pogrzebanie ostatnich nadziei.

Jeńców wojennych pochodzenia polskiego wywożono do łagrów w odległe, wschodnie rejony Rosji przez cały okres okupacji radzieckiej. Jednak nie ograniczano się tylko do byłych żołnierzy. Wywożono także ludność cywilną w najdalsze zakątki Syberii. Do nas przyszli 10 lutego, powiedzieli nam że mamy 15 min. na zabranie najpotrzebniejszych rzeczy. Nie pozwalano brać ni żywności, ni przedmiotów użytkowych. Enkawudziści mówili, że wszystko co jest nam potrzebne dostaniemy, a dobytek zostanie wysłany za nami w miejsce przesiedlenia. Wtedy jeszcze nie sądziłam, że będzie źle aż tak bardzo. Pamiętam, że tej nocy było bardzo zimno, załadowano nas na ciężarówkę, a następnie przewieziono do specjalnie przygotowanych wagonów. Przygotowanie tych wagonów polegało na zakratowaniu okienek, wstawieniu żelaznych piecyków z zapasem opału na trzy dni i zamontowaniu rodzaju rynny wychodzącej na zewnątrz wagonu. Miała ona spełniać rolę ubikacji. W tym wagonie, w którym cudem jechałam Ja i cala moja rodzina, mówię cudem bo nieczęsto to się zdarzało, aby członkowie jednej rodziny podróżowali wszyscy razem, jechało jeszcze 50 innych osób. Kiedy wagony były już pełne zamknęli nas z zewnątrz i pociąg ruszył.

Zatrzymywaliśmy się co jakiś czas, nie rzadko na 3-4 dni. Z tej właśnie przyczyny, podróż trwała bardzo długo, a zapasów opału nie odnawiano. W wagonie toczyły się rozmowy, przypuszczenia - mówiono nawet o nowym Katyniu. Mroczne rozważania wygasały. Zmęczenie wzięło górę. Jeść dawali bardzo mało i do tego raz dziennie, wiele osób jadło śnieg z dachu, ale to nie pomagało. Podczas postojów nie można było wychodzić z wagonów, a podczas jazdy nikt nie mógł nawet spojrzeć przez okno. Wielu nie doczekało się celu naszej podróży, umierali z głodu, ze zmęczenia, zabijały ich choroby. Najwięcej umarło dzieci, którym nie wyprawiano żadnych tam pogrzebów, ciała wyrzucano podczas jazdy pociągu prosto w śnieg. Był to drastyczny widok, ale gdzie byli rodzice tych dzieci, jak oni pozwolili na zrobienie czegoś tak okropnego. Przecież ja sama byłam jeszcze dzieckiem. Później zrozumiałam, że to nie była wina rodziców.

Widok płaczących, zmarzniętych, wystraszonych dzieci, to było coś strasznego. Następnie załadowano nas na odkryte ciężarówki w takim tłoku, że nie można było rozprostować nóg. Było tak zimno, że ludzie zamarzali na moich oczach, a ciężarówki jechały, jechały, jechały. Droga wydawała się nie mieć końca. Gdzie oni nas wiozą, jak długo będzie jeszcze trwała nasza podróż?, nikt tego nie wiedział.

Tym, którzy dojechali żywi do miejsca przeznaczenia, przydzielano baraki, ziemianki, sklecone naprędce szopy. Wszyscy traktowali nas jak zwierzęta, władze kołchozu zostały poinformowane jak mają traktować przybyszów. Mówiono, że Polacy znęcali się przez 20 lat nad ich braćmi Ukraińcami i Białorusinami i teraz trzeba się im odwdzięczyć.

I tak została przydzielona nam ziemianka bez okien, drzwi, na ścianach szron i zgnilizna, na środku tylko palenisko obłożone kamieniami. Nie przypominało to domu na pewno. Ludzie z głodu zaczynali zjadać zwierzęta domowe: psy i koty, nikt nie odczuwał wtedy wstrętu, skrupułów, ludzie chcieli przeżyć, zjeść coś, mało ważne co. Przetrwaliśmy zimę, jedyną ofiarą panującego mrozu padła moja najmłodsza siostra, która umarła z wycieńczenia. Chociaż, że wszyscy byliśmy przygnębieni nie mogliśmy ot tak sobie jej pochować, nikt tak nie robił, od kiedy zaczęły chodzić pogłoski o ludożercach. W nocy kiedy mrok zapadł już zupełny, zawinęliśmy ciało w stare szmaty i zanieśliśmy do lasu. Tam też ją pochowaliśmy, ale mamie to nie wystarczało, postanowiła że tam zostanie i będzie pilnować zwłok. Czuwała tam jeszcze pięć dni, z dnia na dzień opadając z sił. Nie mogłam nic poradzić, mama się uparła. Nie była już to ta sama kobieta, straciła sens istnienia, poddała się, było z nią coraz gorzej. Nie chciała jeść, pić, po pewnym czasie oślepła. Kiedy przyszło lato, mamy nie było już na świecie. Pochowaliśmy ją koło naszej siostry, ale nie pilnowaliśmy grobu, bo nie było sensu.



TROCHĘ HISTORII, TROCHĘ KULTURY - INDEX



KOPIOWANIE MATERIAŁÓW Z CZĘŚCI HISTORIA-KULTURA PORTALU PAI - ZABRONIONE

Zgodnie z prawem autorskim kopiowanie fragmentów lub całości tekstów wymaga pisemnej zgody redakcji.