SWP





   Argentyna




 2021-07-21 99. URODZINY MAJORA S. KOWALSKIEGO - POLSKIEGO BOHATERA SPOD MONTE CASSINO

Dziś - mieszkający od 1947 r. w Argentynie - Major Stosław Kowalski - obchodzi swoje 99 urodziny! Major Kowalski brał udział w bitwie pod Monte Casino i jako jeden z pierwszych Polaków wszedł na Monte Cassino, jest żywym pomnikiem historii, osobą która świadczy o odwadze żołnierzy 2 Korpusu Polskiego, którzy byli gotowi poświęcić swoje życie za wolną Polskę. Przez wiele lat aktywnie uczestniczył w życiu Polonii.

Mimo przeżycia II wojny światowej, zawsze jest uśmiechnięty i pełny pomysłów. Jego największym marzeniem jest podróż do Polski. Chciałby jeszcze odwiedzić swoją ukochaną ojczyznę.

Pani Krystyna Misa - społecznik i niezwykle zaangażowana w sprawy polonijne Polka urodzona w Argentynie - miała wielki zaszczyt przeprowadzenia krótkiego wywiadu z majorem. Za naszym pośrednictwem chciałaby podzielić się z Państwem historią życia niesamowitej osoby:

"Urodziłem się w Toruniu (mieście Kopernika) 21 lipca 1922 r. z ojca majora dyplomowanego prof. dr Teofila Kowalskiego i matki Ireny Kowalskiej z domu Żukowskiej. Ojciec był lekarzem wojskowym, profesorem medycyny, zginął w wypadku samochodowym. Najstarszy brat, też wojskowy, kapitan, zginął pierwszego dnia wojny, między Krakowem a Częstochową. Miał 28 lat. Mama zabrała mnie, starszego o rok brata i najmłodszą, siedmioletnią siostrzyczkę na Kresy. Mama była doktorem farmacji, pracowała w Wilnie w szpitalu wojskowym. Akurat skończyłem w Wilnie liceum przy uniwersytecie Stefana Batorego. Zakończenie roku miały zwieńczyć zawody lekkoatletyczne wszystkich szkół. Trenowałem cały rok, aby wziąć w nich udział. Biegałem na 1500 metrów. Nie doczekałem zawodów. Rosjanie w nocy załomotali do drzwi. Powiedzieli: „Bierzcie ze sobą wszystko, co najlepsze”. Wziąłem album fotograficzny i kolczatki - buty sportowe z gwoździami, jakich używało się do biegania na stadionach. To było dla mnie wszystko, co miałem najlepszego. Zaraz też oddzielili od nas brata. Jak dowiedzieliśmy się później, trafił na północ, do Kamczatki.

Kiedy rozpoczęła się wojna miałem 17 lat. Tuż po ukończeniu Liceum im. Śniadeckich przy Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie w roku 1941 zostaliśmy wywiezieni do Rosji, Kraj Zabajkalski na Syberii. Straszna podróż trwała 1 miesiąc w wagonach towarowych, stłoczono nas po 60 osób na wagon. Zostaliśmy zabrani całą rodziną.

Po kilku tygodniach wyczerpującej podróży wagonami, po 60 osób w jednym wagonie, trafiliśmy do łagrów w Ałtajskim Kraju, do karnego kołchozu. W oddali majaczyły się wierzchołki chińskich gór. Z drugiej strony było jezioro Bajkał. Musiałem pracować niemal bez przerwy, dzień i noc, żeby utrzymać siebie, mamę i siostrę. Jeśli ktoś nie pracował, nie otrzymywał dawki życia - jedzenia.

Głód był potworny. Mama w moje urodziny, 21 lipca życzyła mi, żebym mógł kupić tyle chleba, ile chcę. Takie okropne życie wiedliśmy kilka miesięcy, aż Rząd Polski na uchodźstwie w Londynie porozumiał się z Rosją w sprawie tworzenia armii z zesłańców. Jej tworzenie powierzono generałowi Andersowi. Jak się o tym dowiedziałem, bez pozwolenia udałem się do Taszkentu, do placówki rządu polskiego, która tam się tworzyła. Prosiłem o pomoc, abym mógł z rodziną pojechać i zapisać się do tworzącej się polskiej armii. Nie pomogli, nawet rubla nie dali. Ale powiedzieli, że jestem już wolny. Za pieniądze ze sprzedanej na dworcu machorki udało się i pojechaliśmy z rodziną do Dżałał-Abab, żeby dostać się do wojska. Mama znów zaczęła pracować w aptece w wojskowym szpitalu, a mnie, jako kanoniera, wzięli do tworzącego się pułku artylerii przeciwlotniczej.

Przeszedłem cały szlak z Armią Andersa. Od Rosji, poprzez Iran, Irak, Libię, Syrię, do Palestyny. Przetrwałem, bo byłem wyrobiony fizycznie. W Dżałał-Abad przydzielono mnie do 5. Kresowego Pułku Artylerii Przeciwlotniczej 5. Kresowej Dywizji Piechoty. Tytuł kaprala podchorążego z wynikiem bardzo dobrym dostałem w Habbaniyi w Iraku, dlatego w Gederze, w Palestynie, w nowej podchorążówce byłem już instruktorem-profesorem i szkoliłem żołnierzy. Jako kapral podchorąży na defiladzie prowadziłem kampanię wszystkich podchorążych. Przyjechał na nią do Palestyny prezydent Polski na uchodźstwie, żeby zobaczyć, jak idzie szkolenie żołnierzy. A potem przez Egipt w 1943 r. wjechaliśmy do Włoch, walczyć. Wyładowaliśmy się w Taranto i szlakiem Morza Adriatyckiego udawaliśmy się do góry.


PAI

Kapitan Stosław Kowalski / fot. Krystyna Misa


Służyłem w 5. Dywizji generała Sulika należącej do 2. Korpusu generała Andersa. Byłem jednym z pierwszych, który zobaczył, co to w ogóle znaczy Monte Cassino, bo w kwietniu 1944 r. (na półtora miesiąca przed bitwą) zostałem wyznaczony jako oficer rozpoznawczy do przeprowadzenia zwiadu. Nocą udałem się na zwiad do stanowisk Nowozelandczyków. Ta pora była konieczna, w dzień zwiększało się prawdopodobieństwo utraty życia. Środkiem naszego transportu były muły. Byłem tam 3 noce i 2 dni. Powietrze straszne, pełno trupów z poprzednich ataków, martwych ciał nikt nie mógł chować bo przypłaciłby to życiem.

W pierwszych dniach maja 2 Korpus zajął stanowiska. Staliśmy na dole, z jednej strony 5. Dywizja, z drugiej - 3. Dywizja. Na górze, na Monte Cassino był klasztor. 10 maja 1944 r. o godz. 23.00 zrobiło się jasno jak w dzień. Jeden huk, tysiące dział strzela. Dostaję rozkaz żebym poszedł do dowódcy Batalionu piechoty po rozkazy. Idę jak w dzień. Dowódca mnie mówi, że musimy wspierać ataki oerlikonami 20 mm, które to nam dali zamiast 40–tek do ataku! (Oerlikon 20 mm – armata automatyczna kalibru 20 mm w zmodyfikowanej formie używana do tej pory przez siły zbrojne wielu państw).

Dostałem rozkaz, aby zameldować się u kapitana Aleksandra Florkowskiego. Niemcy siedzieli skryci w skałach. Wśród nich jedna z najlepszych włoskich dywizji spadochroniarzy. To byli żołnierze gotowi na wszystko. Kapitan Florkowski mówi, że mamy udzielić wsparcia piechocie, która szła na Monte Cassino. To była niezwykle ciężka ofensywa, która trwała osiem dni. Zdobywało się metr za metrem, po to, żeby znów się cofać. 1051 zabitych, 4 tysiące rannych. Mnie kula utkwiła w nodze. Ale był rozkaz: zdobyć Monte Cassino.

Ósmego dnia 3. Dywizja weszła na Monte Cassino z jednej strony, nasza - 40 minut później z drugiej strony. Mówię więc, że byłem jednym z pierwszych, którzy weszli na Monte Cassino.

18 maja o godz. 10.40 wkroczyłem do klasztoru...

Większość Niemców uciekła. Zostawili tylko mały szpitalik z rannymi. Dziś łatwo o tym opowiadać, ale ten moment zdobycia Monte Cassino, po ośmiu dniach walki dniem i nocą był naprawdę niesamowicie ciężki. Klasztor był zupełnie zrujnowany. Na dziedzińcu, wśród tych ruin zupełnie sama ostała się kolumna z figurą Matki Bożej. Nienaruszona. Wytrzymała wszystkie trzęsienia, bombardowanie, spadające pociski.

Po latach, chyba było to już w latach 90., kiedy odwiedziłem Monte Cassino, zapytałem o tę figurę dyrektora muzeum, zakonnika. Powiedział: „Jestem tu od 40 lat i nigdy o niej nie słyszałem. Takiej figury nie ma”. Upierałem się, że ją widziałem. Zaprowadził mnie więc do sutereny. Tam ją znaleźliśmy. Ale wtedy po zdobyciu Monte Cassino zobaczyłem coś jeszcze. Wśród gruzów na ziemi znalazłem relikwię świętego Benedykta, założyciela klasztoru. Po latach spytałem w klasztorze, czy mam je zwrócić. Usłyszałem: „Może pan zatrzymać”. Do dziś wisi u mnie nad łóżkiem. W podziemiach odkryliśmy beczki pełne wina. Było gęste, ale świetne.


PAI

W 2019 r., podczas obchodów 75. rocznicy Bitwy o Monte Cassino Stosław Kowalski został awansowany na stopień majora.


Była radość, że zwyciężyliśmy, bo zdobycie Monte Cassino otworzyło wojsku drogę na Rzym. Ale fizycznie nie umieliśmy się cieszyć. Tylu Polaków zginęło, to było straszne. Natomiast zdobycie Monte Cassino to był wielki wyczyn. Niemcy byli wcześniej niezwyciężeni i tak świetnie przygotowani. Odpoczęliśmy już w Neapolu.

Następnie szliśmy na północ Włoch. Walki nadal się zdarzały, ale już nie były tak ciężkie. Polskie wojska zdobyły jeszcze Bolonię i koniec wojny zastał nas za Bolonią. Tam usłyszeliśmy, że Niemcy skapitulowały. Dostałem z wojska pozwolenie pójścia na studia, na inżynierię morską, na Politecnica Real di Torino. Nie udało mi się ich ukończyć. Włosi nie przedłużyli mi karty pobytu. Mama, siostra i brat byli już w Anglii. Do Polski komunistycznej nie chciałem wracać. Obawiałem się, że znów wyślą mnie na Sybir. Ostatnim transportem z Włoch pojechałem do Argentyny. Z jednym kufrem. Mam go do dzisiaj. Jest w nim mundur, menażka, sztućce, wszystko z wojny.

Do Argentyny przyjechałem w 1947 roku i dostałem pierwszą pracę w Remington jako mechanik maszyn perforacyjnych i mieszkałem w pensjonacie na av. Demayo. Później założyłem firmę, która zajęła się rozbieraniem starych statków na złom. Stałem się jednym z głównych ekspertów.


PAI

Major Stosław Kowalski z Prezydentem RP Andrzejem Dudą na obchodach 75. rocznicy Bitwy pod Monte Cassino. 2019 r. Monte Cassino


Stosław Kowalski w 2017 r. (jeszcze w randze kapitana) w uznaniu wybitnych zasług położonych w walce o niepodległość Rzeczypospolitej Polskiej został uhonorowany Medalem „Pro Patria” i Medalem „Obrońcy Ojczyzny 1939 -1945”.

Podczas obchodów 75. rocznicy Bitwy o Monte Cassino Stosław Kowalski został awansowany na stopień majora.

Muszę podziękować Argentynie - mojej drugiej ojczyźnie - bo mogłem tu pracować i rozwijać się bez przeszkód. To tutaj (w Domu Polskim w Buenos Aires) poznałem swoją żonę, osobę, w której jestem do dzisiaj zakochany i założyłem wspaniałą rodzinę.

Dużo pracowałem społecznie w Buenos Aires. Byłem sekretarzem Stowarzyszenia Polskich Kombatantów, przez kilka lat prezesem Klubu Polskiego i viceprezesem Związku Polaków w Argentynie (prezes był wtedy inż. Jezierski). Po 1988 r. wycofałem się z pracy społecznej.

Jednym z najszczęśliwszych dni był mój ślub z Jolandą Kijewską 6-01-1962, 59 lat temu.

Panu Majorowi życzymy kolejnych 100 lat w zdrowiu, przy boku Ukochanej! Niech spełnią się wszystkie Pana marzenia!

Dziękujemy także Pani Krystynie Misie, która dba o pamięć i historię polskiej diaspory w Argentynie.


Informacja: Polonijna Agencja Informacyjna
Na podstawie: korespondencji dla PAI - Krystyna Misa, Argentyna
redakcja PAI







W przypadku kopiowania materiału z portalu PAI

zgodnie z prawem autorskim należy podać źródło: Polonijna Agencja Informacyjna, autora - jeżeli jest wymieniony i pełny adres internetowy artykułu wraz z aktywnym linkiem do strony z artykułem oraz informacje o licencji.

Licencja

Treści zamieszczone w Polonijnej Agencji Informacyjnej są dostępne na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 4.0 Międzynarodowa. Pewne prawa zastrzeżone na rzecz Stowarzyszenia „Wspólnota Polska”. Materiały powstały w ramach zlecania przez Kancelarię Prezesa Rady Ministrów zadań w zakresie wsparcia Polonii i Polaków za granicą w 2020 roku. Zezwala się na dowolne wykorzystanie materiałów, pod warunkiem zachowania ww. informacji, w tym informacji o stosowanej licencji i o posiadaczach praw.



SZUKAJ INNYCH WIADOMOŚCI POLONIJNYCH



NAPISZ DO REDAKCJI - PODZIEL SIĘ WIADOMOŚCIĄ

ODWIEDZIŁO NAS DOTYCHCZAS 3321566 OSÓB