Tempelhof

brama do wolnego świata


Lata 80. krążył taki dowcip, że do samolotu LOT wsiada pasażer, idzie do kabiny pilotów i mówi:„Panowie, proszę lecieć do Wrocławia, bo będę strzelał”. Ci przytakują, że przecież to jest rejs do Wrocławia i tam się udają. Pasażer odpowiada: „Wasi koledzy też tak mówili, a zawsze lądują na Tempelhof”. Rok 1981. Nadchodzi stan wojenny, a tymczasem w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej dokonano aż 15 prób porwania samolotów rejsowych LOT i ucieczki na Zachód.

Za przytoczonym żartem stały historie, które były wynikiem trudnej sytuacji politycznej i ekonomicznej w Polsce. Największa fala porwań przypada na lata przed i po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce. Tylko w 1981 roku uprowadzono dziesięć polskich samolotów. Wiele ludzi ryzykowało swoje życie, swoją egzystencję i swoją przyszłość w zamian za możliwość ucieczki z socjalistycznej Polski. To byli pojedynczy ludzie, całe rodziny, zaprzyjaźnione grupy, polscy piloci a nawet w latach 80-tych uzbrojeni urzędnicy ochraniający bezpieczeństwo lotów.

Na wolność za wszelką cenę

Zdawkowe wzmianki w archiwum MSZ PRL wskazują, że udana próba ucieczki samolotem miała miejsce już w 1949 roku. Dziewięciosobowa grupa terroryzuje samolot lecący z Gdańska do Katowic i kieruje go do Szwecji. Lądują w niewielkiej miejscowości Nykoping. Stamtąd ludzie ci zostają skierowani do Sztokholmu i aresztowani. Władze szwedzkie starały się uniknąć rozgłosu w tej sprawie, więc personalia i wizerunki owych osób zostały ukryte przed opinią publiczną.

Głośniejsza jest historia z grudnia 1949 roku. Samolot LOT-u uprowadzili jego piloci. Pomysłodawcą był kpt. Mieczysław Sadowski, który pełnił wtedy obowiązki szefa personelu latającego na Okęciu. Wraz z dwoma przyjaciółmi, też pilotami – Tomaszem Tomaszewskim i Janem Konikowskim – porwali maszynę marki Dakota. Mieli pokonać trasę z Katowic do Gdańska, a zrobili międzylądowanie w Łodzi, gdzie wsiadły żony pilotów z dziećmi, i zakończyli lot na Bornholmie.

W sierpniu 1952 r. ppor. Edward Pytko, instruktor z Oficerskiej Szkoły Lotniczej w Radomiu usiłował się przedrzeć samolotem Jak-9 do Berlina Zachodniego. Został zmuszony przez lotnictwo sowieckie do lądowania na terenach będących pod ich okupacją. Przekazano go władzom PRL, został skazany na karę śmierci i stracony w więzieniu na Rakowieckiej. Jego szczątki odnaleziono dopiero w 2015 r. na warszawskiej Łączce.

5 marca 1953 roku, czyli w dniu śmierci Józefa Stalina ppor. uprowadził samolot odrzutowy MiG-15 Ta ucieczka wywołała ogromne poruszenie na świecie, zwłaszcza wśród specjalistów ze Stanów Zjednoczonych. MIG-15 był bowiem wtedy najnowszym osiągnięciem sowieckich konstruktorów. I w tym czasie toczyły się walki powietrzne nad Półwyspem Koreańskim, gdzie Amerykanie ponosili ogromne straty. Polak dostarczył zachodnim służbom wywiadowczym maszynę, dzięki czemu mogli przeprowadzić gruntowne oględziny MIG-a. W tym czasie Polska czyniła starania o zwrot samolotu, do czego doszło. Na zwracanej maszynie zostały ślady gipsowych odlewów. Poza tym historia Jareckiego została wykorzystana propagandowo. Amerykanie przeprowadzili akcję na terenie Korei Północnej, zrzucając ulotki z podobizną podporucznika i nakłaniając północnokoreańskich pilotów do podejmowania podobnych ucieczek. W maju 1953 – drugim MIG-iem ląduje na Bornholmie por. Zdzisław Jaźwiński.

Tak, w latach 1948-1989 łącznie zbiegło 19 lotników i uprowadzili oni ze sobą 19 maszyn bojowych. Najwcześniejsze takie przypadki miały miejsce w 1949 roku. Arkadiusz Korobczyński, pilot Marynarki Wojennej, uciekł samolotem szturmowym Ił-2 na szwedzką wyspę Gotland.

W roku 1970 doszło do całej serii porwań w Polsce. Tylko w ciągu trzech miesięcy – między czerwcem a wrześniem – były dwa porwania i trzy próby. Najpierw 5 czerwca 1970 roku Zbigniew Iwanicki, grożąc eksplozją dwóch granatów, porwał do Kopenhagi An-24, który miał lecieć ze Szczecina do Gdańska. Później, 19 sierpniu 1970 roku, 19-letni cukiernik Krzysztof Kryński uprowadził Ił-14, mający pokonać trasę z Gdańska do Warszawy. Wylądował na Bornholmie.

Pierwsze uprowadzenie samolotu LOT przez obywateli innego kraju - według dokumentów Służby Bezpieczeństwa PRL - miało miejsce w 1969 i zrobili to dwaj obywatele NRD. 19 października należący do PLL LOT Ił-18 leciał do Brukseli, z międzylądowaniem w Berlinie Wschodnim. Ale berlińczycy Peter Klemt i Ulrich von Hof, przy pomocy rewolweru, wymusili zmianę miejsca lądowania na Tegel – w zachodnioberlińskim sektorze francuskim.

W latach 70. i 80. XX wieku – kiedy byliśmy w światowej czołówce statystyk dotyczących porwań samolotów. Między rokiem 1970 a 1982 mieliśmy w sumie 20 nieudanych prób porwań i 14 uprowadzeń, czyli 34 takie zdarzenia w ciągu 12 lat

Niektóre były dramatyczne. Piloci uciekali nocą, w burzy, wręcz dotykając kadłubami czubków drzew, by nikt ich nie namierzył, albo fal nad wzburzonym Bałtykiem w czasie sztormu. Była taka historia Rudolfa Olmy. Pochodził z Bielska-Białej, bodajże jego ojciec był Niemcem i on czynił starania, by skutecznie wyemigrować do RFN. W końcu 26 sierpnia 1970 roku zdecydował się na uprowadzanie samolotu An-24, który leciał z Pyrzowic pod Katowicami do Warszawy. Wniósł na pokład bombę, a właściwie trotyl, który ukrył w atrapie tortu czekoladowego.

Gdy piloci się dowiedzieli, że na pokładzie jest terrorysta, to wykonali taki manewr: skierowali maszynę w dół, żeby ściąć go z nóg i obezwładnić. Niestety, wtedy ładunek wybuchowy mu wypadł i eksplodował. Na szczęście konstrukcja tego samolotu nie uległa zniszczeniu i udało się go posadzić na płycie lotniska Pyrzowice.

Olma stracił oko i rękę, dziewięciu innych pasażerów też zostało rannych. Skazano go na 25 lat więzienia, ale w 1988 roku, po 18 latach odsiadki, wypuszczono w ramach amnestii. Paradoks tej historii polega na tym, że kilka miesięcy później Olma dostał zgodę na wyjazd turystyczny do Niemiec i z niego już do kraju nie powrócił.

Zmiana kursu

To był piątek 30 kwietnia 1982 roku, gdy w Warszawie do samolotu typu An-24 wsiadło 54 pasażerów do Wrocławia. Tylko 36 z nich znało jednak prawdziwe przeznaczenie lotu, ponieważ byli wtajemniczeni w plan porwania samolotu do Nurynbergii. Nie byli oni uzbrojeni, za to bardzo dobrze przygotowani. Niektórzy z nich już wiele razy latali na linii Warszawa-Wrocław aby poznać sytuację na pokładzie takiego rejsu. Zdążyli zorientować się, w jakim obszarze samolotu znajduje się dwóch pracowników milicji w cywilnych ubraniach. (Na początku lat 80. stało się standardem, że urzędnicy bezpieczeństwa państwowego i żołnierze jednostki specjalnej znajdowali się na pokładzie samolotu z powodu zwiększenia ryzyka porwania maszyny). Porywacze znali również działania stewardes i pilotów. Data 30 kwietnia była wybrana umyślnie i świadomie. Dzień 1 maja był dniem święta socjalistycznego, gdy wszystkie oczy władz były zwrócone na przygotowania obchodów pierwszomajowych. Dwadzieścia minut po stracie, wtajemniczeni pasażerowie obezwładnili zaskoczonych urzędników. Jeden z porywaczy wtargnął do kokpitu i zmusił pilotów do zmiany kursu samolotu w kierunku Niemiec. Paliwa jednak nie mogło starczyć aż do Nurynbergii. Alternatywą miał być Berlin Zachodni. Mimo militarnego zagrożenia ze strony dwóch bojowych samolotów radzieckich w powietrzu nad terenem NRD, maszyna LOT-u wylądowała bezpiecznie na Tempelhofie.

Czesław Kudłek, pilot LOT-u, obawiał się, że zostanie zastąpiony przez pilotów wojskowych po ogłoszeniu stanu wojennego. Gdy opuszczał swoje mieszkanie w Warszawie i musiał przeprowadzić się do Wrocławia, zaostrzyła się jego sytuacja rodzinna. Wtedy podjął decyzję o ucieczce z Polski. 12 lutego 1982 roku miał zasiąść za sterami samolotu LOT lecącego z Warszawy do Wrocławia. Dziewiętnastu pasażerów wsiadło na pokład, także jego rodzina, zaprzyjaźnieni spadochroniarze i piloci, których udało namówić się do ucieczki. Był zdany na pomoc z zewnątrz, gdyż wciąż na pokładzie miało się znajdować przynajmniej czterech urzędników odpowiedzialnych za bezpieczeństwo na pokładzie. Podobno zmiana kursu była z początku dla pilota koniecznością. Podobno lądowanie we Wrocławiu nie było możliwe z powodu ćwiczeń wojskowych, więc trzeba było zmienić kurs na Szczecin. Do wieży lotów w Warszawie Czesław Kudłek powiedział, że został uprowadzony. Funkcjonariusze bezpieczeństwa znajdujący się na pokładzie wiedzieli, że jeden sowiecki i dwa wschodnio-niemieckie samoloty asekurują lot. Zostali oni obezwładnieni przez pasażerów. Jednak zagrożenie stwarzane przez myśliwce wojskowe nie minęło. Czesław Kudłek był doświadczonym pilotem. Najpierw zapowiedział, że samolot wyląduje w Schönefeld, na lotnisku Berlina Wschodniego. Gdy ten komunikat usłyszały samoloty wojskowe, oddaliły się. Krótko przed lądowaniem na Schönefeld Kudłek obleciał wierzę lotów, przeleciał nad Berlinem Wschodnim i wylądował na Tempelhofie.

22 listopada 1982 roku pilot Jerzy Mikula nie zdziwił się bardzo, gdy zaatakował go w jego kokpicie porywacz samolotu i zmusił do zmiany kursu lotu na Tempelhof. To było już jego trzecie uprowadzenie. Jednak tym razem porywaczem był 22-letni urzędnik służby ZOMO (Zmotoryzowane Obwody Milicji Obywatelskiej), który właściwie miał być odpowiedzialny za bezpieczeństwo na pokładzie. Porywacz miał ze sobą broń, kilka granatów i spadochron, rzeczy których na szczęście nie użył. Drugi z urzędników znajdujących się na pokładzie ogarnął sytuację dopiero w Berlinie, jednak i tak za późno. Oddany strzał z broni trafił w prawdzie uciekiniera z samolotu w nogę, nie mógł jednak już powstrzymać samej ucieczki na Zachód.

To tylko niektóre z wielu przypadków, które stoją za wysoką liczbą uprowadzeń czy ucieczek, w zależności od perspektywy i definicji. Ponad to było jeszcze więcej prób ucieczki na małych samolotach nienależących do floty LOT-u. W każdym wypadku nie wszystkie próby były udane. Niektóre były powstrzymywane już na starcie, niektóre dopiero w powietrzu. Tak czy tak na ewentualnych uciekinierów i ich rodziny spadały kary i represje.

Suplement

Można jeszcze dodać, że swego czasu Maciej Zembaty napisał piosenkę pod tytułem „Tempelhof”, nawiązującą do porwań samolotów…

„Pociłem się jak ruda mysz,
A w głowie była jedna myśl:
Tempelhof!
Siedziało czterech tu i tam
I każdy z nich na cel mnie brał.
Tempelhof.
Naciskam guzik, stało się,
Już stewardessa do mnie mknie.
Tempelhof.
Mam tutaj granat. Widzisz, nie?
Więc każ im lecieć tam, gdzie chcę!
Tempelhof!
To się nie zdarza nawet w snach.
Ja czuję ulgę, tamci w strach…
Tempelhof”



TROCHĘ HISTORII - INDEX





facebook