SWP





   Włochy


 2024-02-12 11 luty - Światowy Dzień Chorego

„Żyje się tylko raz”
- rozmowa o cierpieniu, które nadaje życiu sens.

Ten szczególny dzień, jakim jest Światowy Dzień Chorego, został ustanowiony w 1992 roku przez Jana Pawła II, abyśmy spojrzeli na człowieka chorego i cierpiącego z właściwą wrażliwością, a napisany przez Papieża Polaka List Apostolski Salvifici doloris (11 lutego 1984), mówiący o chrześcijańskim sensie ludzkiego cierpienia, wskazał współczesnemu człowiekowi wyjątkowe wytyczne: „Czyń dobro cierpieniem” i „Czyń dobro cierpiącym”. Nasz dzisiejszy rozmówca, słowa Papieża do swego serca wziął w wyjątkowy sposób…

Grzegorz Polakiewicz – rocznik 1987. Motywator, wędrowny ewangelizator, autor książki: „Żyje się tylko raz” (Znak, 2019). Każdą spotkaną osobę traktuje jako dar i takim samym darem chce być i dla niej. Chociaż wiele wycierpiał w życiu, wiary w ludzi nie stracił. Dlaczego prezentujemy jego sylwetkę na stronie PAI? Bo Grzegorz należy do osób „pozytywnie zakręconych”, a takie osoby są czasem bardzo potrzebne komuś, kto mieszka za granicą Polski... Grzegorz zmotywuje nas, aby problemy pokonywać z podniesioną głową, narzekania odstawić na boku, a ze swoich sukcesów cieszyć się skacząc z radości, choćby i na jednej nodze…


Grzegorz Polakiewicz



Grzegorz i Małgorzata Korzuchowska


Jesteś obciążony niepełnosprawnością. Kiedy zacząłeś chorować i jakie są następstwa Twojej choroby?
Choruję w zasadzie od samego początku. Kiedy byłem dzieckiem, zdiagnozowano u mnie cukrzycę insulinozależną. Przez lata pojawiały się kolejne problemy. W 2011 roku zdiagnozowano u mnie neurogenną osteoartropatię Charcota, w następstwie której straciłem nogę. Później wykryto u mnie zespół chorób autoimmunologicznych. Trzy lata temu trafiłem na intensywną terapię w następstwie covid-19, gdzie pod respiratorem spędziłem miesiąc. Zatrzymały się moje nerki, w trakcie śpiączki dostałem wylewu krwi do mózgu, w wyniku czego oślepłem na prawe oko. Dziś choroba Charcota powróciła w drugiej nodze. Wiele razy miałem już nie żyć, ale jestem. Misja jeszcze najwyraźniej niekompletna i jest jeszcze dużo do zrobienia.

Co robiłeś zanim dopadła Cię diagnoza o amputacji nogi?
Moja edukacja jest związana z Krakowem. To tam ukończyłem Liceum Świętego Jacka, pod patronatem oo. Dominikanów, które otworzyło mi szerokie perspektywy na świat. Nauka tam była możliwa dzięki wygranemu Ogólnopolskiemu Konkursowi Stypendialnemu. To czas spędzony w Krakowie pozwolił mi poznać szczególne osoby w moim życiu, nawiązać pierwsze i trwałe przyjaźnie. To w Krakowie poznałem Kardynała Franciszka Macharskiego, który wielokrotnie wskazywał mi na drogę jaką później podążałem. Tutaj miałem radość uczestniczyć w spotkaniach, podczas których poznałem Wisławę Szymborską, Sławomira Mrożka, Anię Dymną, Jerzego Trelę i szereg osób ze świata kultury, sztuki, literatury. Tu po raz pierwszy spotkałem się z Benedyktem XVI. Tutaj pokochałem teatr i operę. Czas w Krakowie otworzył mi oczy na dostrzeganie otaczającego mnie świata. Nauczył pewniej wrażliwości i ukształtował we mnie cechy, które w dorosłym życiu jeszcze bardziej zaowocowały.


Grzegorz podczas konferencji



Grzegorz i Benedykt XVI


A później był czas warszawski i praca w Centrum Myśli Jana Pawła II. W którymś momencie zostałem delegowany do organizacji i pomocy przy uroczystościach w związku z trzydziestą rocznicą wyboru Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową i tym sposobem rozpoczął się czas pięknych spotkań z ludźmi związanymi z Janem Pawłem II. Później przez okres procesu beatyfikacji i kanonizacji miały miejsce inne projekty w których także uczestniczyłem. Były to liczne koncerty i konferencje naukowe. Działania popularyzatorskie, mające na celu przybliżyć ludziom młodym nauczanie i osobę Jana Pawła II. Były to działania podejmowane z Centrum Myśli Jana Pawła II, ale także z Ambasadą Polski przy Stolicy Apostolskiej czy Papieską Radą ds. Kultury oraz Uniwersytetami Papieskimi w Rzymie. Celem ich wszystkich było dobro. Dobro, które pozostanie w drugim człowieku. Dobro, które przyniesie konkretne owoce.

Na stałe mieszkasz w Warszawie, ale praktycznie ciągle jesteś w drodze… Właściwie swoje życie dzielisz pomiędzy wyprawy, a szpital. Jakie miejsca odwiedziłeś i jakie kierunki obrałeś? No może w drodze nie jestem ciągle, ale to prawda, że bywają i całe, długie miesiące, podczas których niosę na swoich plecach plecak. Przez wszystkie lata dzięki Bogu i ludzkiemu wsparciu mogłem dotrzeć kilkukrotnie do Izraela i pielgrzymować od Galilei, aż po Morze Martwe. Na mojej mapie pielgrzymkowej jest Hiszpania, Francja, Italia, Niemcy, Portugalia. To wspaniałe doświadczenie móc odwiedzać nowe miejsca, ale najważniejszym dla mnie jest spotkanie z drugim człowiekiem. Niezależnie od Jego wiary, pochodzenia, koloru skóry. Dlatego tym najważniejszym celem na mojej mapie jest szlak Camino do Santiago de Compostela.


Podczas wyprawy



Podpisując książki


No właśnie, z pewnością niesamowity jest fakt, że Camino do Santiago de Compostela, które jest najstarszym szlakiem pielgrzymkowym na świecie, prowadzącym do Sanktuarium św. Jakuba w Hiszpanii, pokonywanym od wieków przez miliony pątników, przemierzyłeś kilka razy, i to na jednej nodze… Dokładnie tę drogę pokonałem już pięć razy. W zeszłym roku, pomimo wielu krytycznych głosów, wyruszyłem na szlak najdłuższą z dotychczasowych dróg, bo liczącą blisko 800 kilometrów z francuskiego Saint Jean Pied de Port. Przez Pireneje i północną część Hiszpanii. O jednej nodze, jednym oku, bez wielkich sił i wbrew ludzkiej logice. Jednak już pierwszego dnia idąc przez Pireneje zyskałem tę świadomość, że to jest miejsce, w którym mam być. Kolejno spotykane osoby i wydarzenia pokazywały mi, że moja obecność na tej drodze nie jest dziełem przypadku. Być dla drugiego człowieka na tej drodze inspiracją, motywacją, narzędziem Bożej Miłości! Obdarzać uśmiechem i miłością – obecnością, która dodaje pewności: nie jesteś sam na drogach swojego życia. Dla mnie to jest sensem tej drogi – sensem całego życia.

W sposób szczególny wspominam też trzecią wyprawę do Santiago, która była jedną z najcięższych… Już po kilku kilometrach pytałem sam siebie, po co to robię. Najgorszy okazał się ostatni etap, kiedy do celu brakowało mi trzydziestu kilometrów. Dwukrotnie zatrzymał się samochód, a jego kierowca proponował mi podwiezienie. Przed moimi oczami stanęła góra kuszenia, na którą kilka miesięcy wcześniej spoglądałem, będąc w Ziemi Świętej. Kiedy jednak w plecaku ma się osiem stron intencji, z którymi to wyrusza się na Camino, niestety nie można przerwać drogi… Podczas tej wędrówki potrącił mnie także samochód, na nocleg dotarłem z krwawiącym kolanem, obolałym barkiem i potłuczonym palcem u ręki. Na trasie spotkałem niezwykłe osoby, które mimo swojego zmęczenia i drogi, nadrobiły dodatkowe kilometry, aby dotrzeć do apteki i kupić mi potrzebne opatrunki i leki. Nie żałuję, że nie skorzystałem z podwózki. Wszystkim, którzy decydują się na tę drogę chcę powiedzieć, że nie chodzi o pokazanie swojej siły, ale sprzymierzenie ze swoją odwagą. Albo się ma intencje, które chce się zanieść do św. Jakuba, albo oczekuje się własnego nawrócenia podczas wędrówki. Nie można obnosić się dumnie mówiąc: och jaki jestem dzielny, bo pokonałem setki kilometrów! Nasze „ja” podczas szlaku naprawdę nic nie znaczy, bo najważniejsze jest na nim spotkanie z Bogiem, drugą osobą i samym sobą…


Grzegorz Polakiewicz



Grzegorz Polakiewicz


W sieci krążą Twoje fotografie z papieżem Benedyktem XVI…
Osoba Ojca Świętego Benedykta XVI była i nieustannie jest mi bardzo bliska. Był On w gronie tych osób, które świadectwem swojego życia i nauczaniem, ukształtowały we mnie miłość do Kościoła, Pana Boga i drugiego człowieka. To podczas spotkania z Benedyktem XVI, 9 kwietnia 2011 roku w Pałacu Apostolskim, otrzymałem błogosławieństwo i zgodę na publiczne złożenie ślubów, co dokonało się na Jasnej Górze kilka miesięcy później w Kapicy Cudownego Obrazu. Od tamtego czasu jestem osoba konsekrowaną żyjącą w świecie. Pamiętam to spotkanie z Benedyktem XVI i Jego ogromną troskę o mnie. Na jego koniec poprosił mnie, bym był świadkiem Chrystusowej miłości. Świadkiem! Co staram się realizować każdego dnia na drogach swojego życia.

Tych spotkań z tym Papieżem było wiele podczas: audiencji, celebracji liturgicznych i wspólnej modlitwy. Jednak jednym z najważniejszych dla mnie było to 11 listopada 2019 w Klasztorze Mater Ecclesiae, kiedy to mogliśmy w zupełnym spokoju, bez spoglądania na zegarki porozmawiać, powspominać, pośmiać się i zwyczajnie pobyć ze sobą. Od poznania Papieża Ratzingera, nigdy, ani przez moment, nie dostrzegłem w Nim „pancernego kardynała”, o którym rozpisywały się media. Był dla mnie raczej jak kochany dziadziu, od którego tak wiele mogę się nauczyć. Który jest dla mnie wzorem. Przy którym zawsze czułem się dobrze. I choć On wielki teolog, Papież, a ja zwykły chłopak, to On nigdy nie dał mi tego odczuć, by był kimś lepszym ode mnie. Gdy ofiarowałem Mu moją „compostelę”, czyli certyfikat potwierdzający przejście szlakiem „Camino de Santiago” , który to przemierzałem w 2017 roku w Jego intencji, odpowiedział: „To dla mnie tak się trudziłeś? Czym Ja sobie zasłużyłem?”. Widziałem zawsze człowieka rozkochanego w Bogu i kochającego drugiego człowieka. Choć był to człowiek niezwykłej pokory i nieśmiałości, to w mojej ocenie, jest to jeden z najwybitniejszych umysłów czasów nowożytnych i wielki święty, którego świętość Kościół mam nadzieję z czasem potwierdzi. Skąd taki wniosek? Wiele już od Jego odejścia przez Jego wstawiennictwo ja i wiele innych osób wymodliło.

Jako motywator jesteś zapraszany do telewizji. Przy okazji tych programów nie tylko poznałeś wielu artystów i ludzi dużego i małego ekranu, piosenkarzy, ale z niektórymi zaczęła się przyjaźń. W tym miejscu wymienię chociażby Piotra Adamczyka czy Małgorzatę Kożuchowska. Kogo jeszcze masz w swoim spisie telefonów?
Mam choćby Aleksandrę Zapotoczny (Śmiech), autorkę bestsellerów o tematyce religijnej. Jednak doskonale wiesz, że nie spoglądam na Ciebie przez pryzmat tego, ile doskonałych książek napisałaś, ale jakim jesteś człowiekiem. Twoje sukcesy są dla mnie wielką radością, tak jak sukcesy moich innych przyjaciół, którzy ze względu na wykonywany zawód są osobami publicznymi. To zawsze cieszy, jak człowiekowi coś się udaje. Ale doskonale wiemy, że życie to także pasmo trudów i różnorakich doświadczeń. I dotyczy to osób publicznych, jak i tych anonimowych, ciężko pracujących na roli, w małej wiosce na przysłowiowym „końcu świata”. Na mojej drodze życia spotkałem wiele osób, które pełnią ważne funkcje lub zawody publiczne, ale to zupełnie nie ma wpływu na to, że ktoś jest dla mnie ważny.

Sześć lat temu polskie Stowarzyszenie Totus Tuus działające w Rzymie, (którego jesteś prezesem), zgłosiło moją osobę do nominacji nagrody, która upamiętnia postać Papieża Polaka. Przyznawana jest każdego roku, przez włoskie Stowarzyszenie Jana Pawła II z Bisceglie - Bari. Otrzymują ją hierarchowie kościelni, kapłani, pedagodzy, policjanci, dziennikarze, prezesi stowarzyszeń oraz ludzie estrady żyjący wartościami głoszonymi papieża Wojtyłę. Nagle znalazłem się wśród samych włoskich gwiazd, których tak naprawdę nie znałem, nie oglądając włoskich seriali i filmów. Podczas poczęstunku ci włoscy aktorzy usiedli razem ze mną i zwierzali się ze swoich problemów. Pragnęli rozmowy ze mną, bo tylko ja z obecnych tam osób spoglądałem na nich „normalnie” czyli nie jako na znanych aktorów, ale jak normalnych ludzi. Z niektórymi do dziś jestem w kontakcie i to dzięki nim mogłem spełnić swoje marzenie i pojechać na koncert Laury Pausini. Tamto właśnie spotkanie uświadomiło mi, że człowiek czy sławny1˛˛˛˛ czy kaleka, pragnie być traktowany „normalnie”. Miłość domaga się normalności.


Grzegorz Polakiewicz



Grzegorz po dotarciu do Santiago de Compostela


Napisałeś książkę „Żyje się tylko raz”, w której opisujesz trudne relacje z ojcem, swoją chorobę, wyprawy i spotkania z ludźmi…
Do napisania jej nakłonił mnie argument, że być może sytuacje, które ja przeżyłem komuś w życiu pomogą… Zmotywują do działania, dodadzą sił. Nie mogę powiedzieć, że czytelnicy przyjęli książkę z wielką radością, bo co niektórzy przyjęli ją ze łzami… Pewnego razu jechałem pociągiem i przede mną pani czytała jakąś książkę… W pewnym momencie wyciągnęła chusteczkę i obcierała łzy. To wtedy zorientowałem się, że ona czyta moja książkę…

Po pięciu latach od premiery dostałem tysiące wiadomości z podziękowaniami i ze świadectwami osób, którym ta książka pomogła przetrwać trudne doświadczenia. Którym pomogła złapać inną perspektywę na drogę życia. Na doświadczenia, chorobę, samotność. Ale pojawia się też mnóstwo pytań o kolejną. Pięć ostatnich lat przyniosło dużo materiału, ale myślę, że jeśli ta książka ma się ukazać, to przyjdzie taki czas i ona będzie.

Niektórzy zarzucają Ci, że… na swoim kalectwie robisz „karierę”…
I każdemu bym takiej „kariery” życzył. (Śmiech.) W ciągu ostatnich tylko trzech lat, w szpitalu leżałem blisko 150 dni, przeszedłem kilkanaście zabiegów na oko, przyjąłem wiele niedających nadziei diagnoz. Amputacja koniczyn to nie to samo co otrzymanie nagrody w Tańcu z Gwiazdami… Niedawno – jak wspomniałem - straciłem widzenie w jednym oku. W tej chwili lekarze walczą o uratowanie mojej drugiej nogi przed amputacją. Być może człowiek zdrowy nie zrozumie tego, ale kiedy wychodzi się ze szpitala, z nie: „wyleczoną”, ale jedynie: „zaleczoną” dolegliwością, wiedząc, że znów się tu wróci, ma się w sobie chęć życia… Pożycia jeszcze chociażby kilku następnych miesięcy, pożycia i darowania siebie drugiemu człowiekowi. Chce się ten czas po prostu jak najlepiej wykorzystać. Stąd te moje wyjazdy, wyprawy, spotkania z drugim człowiekiem. Na moich pielgrzymkowych trasach poznałem dużo ludzi, w wielu kręgach jestem rozpoznawalny, żeby nie powiedzieć sławny, dlatego, o tak: wszystkim życzę takiej kariery!

Skąd bierzesz fundusze na swoje wyprawy?
Zawsze powtarzam, że działa Opatrzność Boża. Oczywiście mam inwalidzką rentę, wydałem książkę, ale większość moich wyjazdów doszła do skutku, dzięki dobroczynności drugich. Ktoś zaoferuje u siebie nocleg, ktoś transport czy kupno biletu. Do końca życia będę wdzięczny wszystkim za wszystko… Podobnie jest z moim leczeniem. Leki kosztują, a każdy pobyt w szpitalu pociąga za sobą nabycie nowych preparatów i rozpoczęcie nowych kuracji. W tym roku wyjątkowo, tym, którzy chcą pomagać, ogłosiłem możliwość przekazania na mojego leczenie 1,5 % ze swojego podatku. Środki zbieram przez fundację Salvatti.pl. Poza tym nadal aktywna jest zrzutka. Jeśli ktoś zechciałby dołączyć do grupy osób wspierających moje leczenie, już w tej chwili przekazuje im swoje wielkie Bóg Zapłać. Z mojej strony mogę jedynie obiecać modlitwy w waszych intencjach.

No właśnie już wcześniej wspomniałeś o intencjach, w których kierujesz do nieba swoje modlitwy. Na wszystkie właściwie pielgrzymki zabierasz taką listę. Jedną noc swojego życia spędziłeś / przemodliłeś czuwając w Jerozolimie, sam w całej Bazylice zamkniętej na klucz…
Łaski czuwania przy Bożym Grobie w Jerozolimie doświadczyłem czterokrotnie, natomiast jeden raz byłem całkowicie sam. Pamięta, że gdy zwróciłem się z prośbą do ówczesnego Gwardiana Bożego Grobu w Jerozolimie o. Zacheusza OFM o zgodę na pozostanie w Bazylice na noc, dołączył mnie On do grupy 10 osób z Manili, z Filipin. Gdy doszło do zamknięcia drzwi w Bazylice, okazało się, że grupa ta nie dotarła. Tym samym, od wieczora do godziny 5.00 rano, pozostałem sam w Bożym Grobie. Pamiętam nawet uśmiech i uwagę jednego z Braci Franciszkanów posługujących w Kustodii Ziemi Świętej, że ktoś u góry musi bardzo mnie lubić. Nie sposób opisać wzruszenia i przejęcia jakie mi wtedy towarzyszyło. Klęczeć samemu w miejscu, które jest sensem naszej wiary – pusty grób Jezusa. W pewnym momencie wyciągnąłem telefon, otworzyłem książkę telefoniczną i zacząłem się modlić za każdego człowieka. O każdym opowiadać w swojej modlitwie. Niesamowitym było to, że gdy dotarłem do ostatniej osoby, przyszedł jeden z Braci Prawosławnych i poprosiłbym już wychodził. To jest pewna tajemnica mojej drogi, której sam do końca nie pojmuję. Wiem, że każdy spotkany człowiek nie jest jedynie mi dany, ale zadany. Zadany tzn. że mam troszczyć się o Niego tak jak potrafię najlepiej, a najlepiej wiem że zatroszczę się przez swoją modlitwę do Tego, który jest Miłością. Który wie, co dla każdego najlepsze. Ja także spotkałem ludzi, którym to ja zostałem zadany i w różnoraki sposób troszczyli bądź nadal troszczą się o mnie.

Także proteza nogi to owoc bezinteresownej pomocy ludzi, których spotkałeś na trasie pielgrzymkowej do Santiago di Compostela…
Ot choćby doskonały przykład. Kiedy szedłem na Camino po raz drugi spotkałem w Tui parę z Niemiec: Ina i Reiner, bo tak mają na imię. Nasze pierwsze spotkanie, to: mało słów, dużo łez, ale i ogrom takiej miłości, której nie można umieścić w ramach słownej erudycji. To spotkanie trwało chwilkę, i każdy poszedł swoim tempem. Spotkaliśmy się kilka dni później na rogatkach Pontevedry, już bez emocji. Ina zaczęła zadawać mi pytania: dlaczego amputacja? Dlaczego nie mam protezy? Itd. Po czym przeprosiła, zostawiając przy stoiku mnie i swojego męża, Reinera, idąc gdzieś zadzwonić. Gdy wróciła powiedziała: „Przygotujemy dla Ciebie protezę, a Reiner następnie przyjmie Cię na rehabilitację.” Okazało się, że Ina wraz z bratem, Torstenem, prowadzą w Niemczech firmę, która zajmuje się m.in. protezowaniem osób, Reiner, jej mąż, jest lekarzem i szefem na klinice rehabilitacji. To są konkretne cuda. Trudno takie wydarzenia zakwalifikować jako przypadek.


Książka



Grzegorz Polakiewicz


A więc podczas wędrówek Bóg stawia na Twojej drodze anioły… Ludzie okazują Ci wiele serca…
Pewnego razu mała dziewczynka dała mi kwiatek. To, wydawałoby się, mały i niewiele znaczący gest, a pamiętam jak wiele radości wlał w moje serce. Ale my często bagatelizujemy wartość drobnych gestów. Jak wiele warty jest uśmiech drugiego człowieka, jego otwarte ramiona gotowe przytulić, dłonie chcące pomóc. Często zamykamy się we własnym egoizmie, nie chcemy dostrzegać drugiego człowieka. Często bojąc się zranienia i narażenia na łzy, bo to jest pewne ryzyko „oswojenia”, ale pomimo tego, że takie doświadczenia są nieuniknione, to warto.

Któregoś razu w Rzymie zatrzymałem się ponad dziesięć dni. Zaplanowałem sobie więc wypady za miasto. Jednym celem było Castel Gandolfo, pojechałem tam autobusem. Aby wrócić z powrotem, planowałem wziąć ostatni kurs, który miał jechać około godz. 22.00, niestety kurs wypadł… Wtedy dzwoniłem do Ciebie z pytaniem, czy istnieje jeszcze jakiś środek lokomocji, którym mógłbym się zabrać z powrotem do Rzymu. Poradziłaś mi iść na pociąg, ale stacja kolejowa od przystanku autobusowego to duży dystans. O kulach i jednej nodze kierowałem się w jej stronę, pytając o drogę napotkane osoby, jedną z nich była pewna starsza pani. Kiedy dotarłem już na stację, usiadłem i zapaliłem papierosa (wtedy jeszcze paliłem). Po chwili przyszedł policjant i zwrócił się do mnie: „Pan pozwoli za mną”. Pomyślałem, że z pewnością palić papierosów w poczekalni nie można i zaraz wystawi mi mandat. Mundurowy otworzył jednak drzwi samochodu policyjnego i zaprosił do środka. Stwierdziłem więc, że zawiezie mnie na komisariat i przez jednego papierosa będę miał ogromne kłopoty. Ale ta droga wydawała mi się zbyt długa… W pewnym momencie policjant mówi: „Ta pani, którą spotkałeś na ulicy, to była moja mama, zasygnalizowała mi, że uciekł ci autobus, więc żebyś nie musiał czekać kolejnej godziny na pociąg, kazała mi zawieźć Cię do Rzymu”…

… i kiedy po pół godzinie napisałeś mi smsa, że jesteś już w Rzymie, wiedząc, że pociąg miałeś dopiero za godzinę, a podróż z Castel Gandolfo trwa około czterdziestu minut, pomyślałam, że wróciłeś do Rzymu na skrzydłach jakiś aniołów…. Serdecznie dziękuję za rozmowę.


Przygotowała: Aleksandra Zapotoczny, od 25 lat mieszka w Rzymie, dziennikarka akredytowana w Biurze Prasowym Stolicy Apostolskiej. Autorka książek i artykułów, twórca i redaktor Joannes Paulus II. Święty Papież, jedynej gazety w całości poświęconej osobie św. Jana Pawła II.

fot. archiwum Grzegorza Polakiewicza


POLONIJNA AGENCJA INFORMACYJNA - KOPIOWANIE ZABRONIONE.
NA PODSTAWIE: korespondencja dla PAI


NAPISZ DO REDAKCJI - PODZIEL SIĘ WIADOMOŚCIĄ

POLECAMY TAKŻE


Fatal error: Uncaught exception 'PDOException' with message 'SQLSTATE[42000]: Syntax error or access violation: 1064 You have an error in your SQL syntax; check the manual that corresponds to your MySQL server version for the right syntax to use near 'order by element_6 DESC , element_24 DESC LIMIT 0,4' at line 9' in /pai_wiadomosci.php:173 Stack trace: #0 /pai_wiadomosci.php(173): PDOStatement->execute() #1 {main} thrown in /pai_wiadomosci.php on line 173